Logo Centro de Recordación de los Héroes Polacos
Centrum Pamiêci Bohaterów Polskich
Strona Domowa
Relacje PolskoZydowskie
Polscy Bohaterowie
Szukami informacii
Artykuly
Prasa
Działalność
Sztuka i Kultura
Agenda
Odsylacze
Forum

Forum


List z Dyrektor Gabinetu Szefa Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
Kliknij tu

List z Prezydent Miasta Krakowa Jacek Majchrowski

Kliknij tu


Tekst  M. Cohena ukazał się w "Rzeczpospolitej" w ramach cyklu artykułów o Powstaniu Warszawskim
Powyższy tekst został przez autora nadesłany na ręce Jana Piekarskiego, ambasadora Polski w Tel Awiwie. Do druku w "Rzeczypospolitej" przekazał nam go Norman Davies, któremu serdecznie dziękujemy.
Dr. Michael Cohen mieszka w Izrael, to jest Izraelczyk.

List Z Tel Awiwu

Dwa powstania, jeden los

Michael Cohen

Właśnie skończyłem czytać książkę Normana Daviesa "Powstanie 1944 r. - Bitwa o Warszawę".
Ta wspaniała historyczna analiza napełnia czytelnika szacunkiem i podziwem dla odważnego narodu. Książka skłoniła mnie też do spisania moich przemyśleń i odczuć dotyczących
stosunków między Polakami a Żydami oraz spowodowała pragnienie wyjaśnienia, dlaczego jestem przyjacielem Polski.

Byliśmy z żoną w Polsce dwukrotnie: po raz pierwszy mniej więcej dziesięć lat temu, a następnie rok później. Przyjeżdżaliśmy nie w ramach zorganizowanej grupy, lecz indywidualnie; w obu przypadkach bezpośrednim powodem były zawodowe spotkania (jestem rzecznikiem patentowym), lecz w rzeczywistości chodziło nam o coś znacznie więcej (moja żona urodziła się w Izraelu, lecz oboje jej rodzice pochodzili z Warszawy) - o poznanie kraju i jego mieszkańców, a także o zwiedzenie miejsc związanych z holokaustem.
 
Nie chcę rozwodzić się tu nad naszym spotkaniem ze śladami zagłady Żydów ani nad tym, co one dla nas znaczyły; wszystko, co mógłbym na ten temat powiedzieć, brzmiałoby pospolicie i banalnie. Chciałbym natomiast podzielić się pewnymi spostrzeżeniami, które rozwinę w dalszej części listu.
 
Choć często - i nie bez racji - mówi się, że holokaust był przyczyną, dla której Polska stała się największym na ziemi żydowskim cmentarzem, nie stało się tak w żadnej mierze wskutek działań czy zaniechań Polaków. To nie Polacy powzięli, zaplanowali i zrealizowali zamiar - plan unicestwienia Żydów; to nie oni podjęli decyzję o zlokalizowaniu na polskiej ziemi fabryk śmierci i obozów. Polacy nie uczestniczyli w zorganizowany sposób w aktach mordu. Wielu współczujących, wielkodusznych Polaków nie opuściło Żydów w nieszczęściu; ci ludzie pomagali poszczególnym Żydom w ucieczce, ukrywali ich, żywili i ratowali im życie z narażeniem własnego. Wreszcie, sami Polacy byli prześladowani przez hitlerowców i zabijani w tych samych obozach śmierci, co Żydzi.
 
Podczas pierwszego pobytu w Polsce pojechaliśmy z żoną do Treblinki. Chodząc wśród tablic pamiątkowych i kamiennych kopców, zbliżyliśmy się do grupy trzech mężczyzn. Dwaj rozmawiali między sobą po angielsku, a do trzeciego zwracali się po polsku. Nawiązaliśmy rozmowę. Okazało się, że dwaj mówiący po angielsku mężczyźni to ojciec i syn, zamieszkali w
Wielkiej Brytanii. Ojciec, Polak, w chwili wybuchu wojny służył w polskiej marynarce wojennej. Udało mu się przedostać do Anglii, gdzie zgłosił się na ochotnika do służby w brytyjskiej flocie handlowej. W owych czasach było to zajęcie niesłychanie niebezpieczne ze względu na swobodę działania niemieckich łodzi podwodnych. Na szczęście przeżył i znalazł sobie angielską dziewczynę, z którą ożenił się po wojnie. Syn - owoc tego związku - mówi tylko po angielsku; zna zaledwie kilka polskich słów. Na pytanie, co skłoniło ich do zwiedzania Treblinki, ojciec wyjaśnił, że hitlerowcy wymordowali, między innymi, sześć milionów polskich obywateli: trzy miliony polskich Żydów i trzy miliony Polaków-katolików. Dla uczczenia tych ofiar co roku latem odbywają z synem pielgrzymkę do miejsc zagłady w Polsce. To spotkanie głęboko nas poruszyło.
 
Potrzebny sprawiedliwy bilans
Polsko-żydowskie stosunki na polskich i litewskich ziemiach były zawsze szczególne - choćby ze względu na liczebność żydowskiej populacji. Zważywszy, że obie strony uporczywie trwały przy swej kulturze, religijne konflikty i tarcia między obydwiema społecznościami były nieuniknione: istniał antysemityzm; zdarzały się pogromy i prześladowania. Jest faktem, że w
okresie międzywojennym polski rząd prowadził politykę państwowego antysemityzmu,
przejawiającą się w różnych formach dyskryminacji, a zmierzającą do skłonienia Żydów do emigracji. Istnieją też dowody na to, że podczas okupacji polskie organizacje podziemne działające na wsi i w lasach, zwłaszcza Armia Krajowa, źle traktowały żydowskie partyzanckie
organizacje (wydaje się, że w Warszawie było inaczej). Po wojnie, gdy szczególnie trzeba było pojednania i odbudowy, zdarzały się wybuchy wrogości wobec Żydów. To wszystko sprawiło, że polscy Żydzi, którzy przybyli do Palestyny w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego
wieku, a także ci, którzy przyjechali do Izraela po wojnie, przynieśli ze sobą - niestety - wiele urazów. O tym wszystkim trzeba pamiętać w imię historycznego obiektywizmu, lecz trzeba także sporządzić sprawiedliwy bilans dobra i zła.
 
Na korzyść polskiego narodu i kolejnych władców przemawia fakt, że - poczynając od XV w. - przez cały okres istnienia suwerennego polskiego państwa, tzn. do rozbiorów, a następnie po pierwszej wojnie światowej, stosunek do Żydów, tak przecież odmiennych pod względem kultury i religii, był z reguły dość liberalny. Żydom przyznawano prawa obywatelskie. Na
korzyść Żydów przemawia to, że - uzyskawszy je - wnieśli ogromny wkład w gospodarczy, kulturalny, naukowy i techniczny rozwój kraju, który udzielił im gościny i z czasem stał się ich ojczyzną.
 
Można zatem powiedzieć, że polsko-żydowskie współistnienie było małżeństwem z rozsądku, a nie z miłości, funkcjonującym nie najgorzej, grosso modo, aż do wybuchu drugiej wojny światowej. Wówczas to polsko-żydowskiej koegzystencji zadano straszliwy cios, zmieniając ją
we wspólną tragedię: miliony polskich Żydów i Polaków nieżydowskiej narodowości zginęło wraz z milionami Żydów z innych europejskich krajów. W rezultacie - a także w wyniku zmian terytorialnych narzuconych przez rzekomych sojuszników - Polska zmieniła się nieodwracalnie w sensie demograficznym i geograficznym.
 
Alianci nie kiwnęli palcem

Z książki Normana Daviesa wyłania się obraz tego, jak postępowali wobec Polski jej zachodni sojusznicy i ZSRR po wybuchu i podczas drugiej wojny światowej: obraz obłudy i zdrady.
Dwulicowe traktowanie Polski przez Wielką Brytanię i Francję zaczęło się jeszcze przed wybuchem wojny. Warto przypomnieć, że zachodni sojusznicy zagwarantowali terytorialną integralność Polski, deklarując, że każdy przypadek użycia przez Niemcy siły wobec Polski będzie uznany za casus belli i spotka się z taką samą odpowiedzią. Wobec tego, gdy rozpoczęły
się działania wojenne, Polska miała podstawy oczekiwać interwencji i pomocy Zachodu bez względu na niesławny hitlerowsko-sowiecki traktat (pakt Ribbentrop-Mołotow) z 1939 r. Licząc na to, Polska zdecydowała się stawić opór niemieckiemu atakowi i walczyć, pomimo poważnej przewagi militarnej nieprzyjaciela. Jednak gdy Niemcy uderzyły 1 września 1939 r., zachodni sojusznicy nie dotrzymali udzielonych gwarancji: po prostu przyglądali się, nie kiwnąwszy palcem. W tych warunkach fakt, że Polska broniła się ponad miesiąc, graniczył z cudem i dowodził wielkiej waleczności i sztuki - zwłaszcza że równocześnie ze wschodu uderzył na nią ZSRR, zgodnie z hitlerowsko-sowieckim paktem.
 
Jest ironią historii, że w tej rozpaczliwej sytuacji to Polacy udzielili Wielkiej Brytanii pewnego militarnego wsparcia. Tuż przed wybuchem wojny polski wywiad przekazał Brytyjczykom schemat maszyny kodującej - Enigmy. Po rozpoczęciu działań wojennych Polacy - praktycznie pod ogniem wroga - podjęli znakomity program badań matematycznych, który miał złamać
program Enigmy. Polskie władze przekazały ów projekt Brytyjczykom, ci zaś rozwijali go intensywnie w sławnym dziś ośrodku Branes Lodge w King's Langley w hrabstwie Hertfordshire. Fakt, że dzięki temu przedsięwzięciu sojusznicy byli w stanie odczytywać niemieckie, wojskowe i dyplomatyczne przekazy, miał kolosalne znaczenie dla sposobu prowadzenia przez aliantów wojny oraz dla zwycięstwa.
 
Bywa tak, że nawet między bliskimi wojennymi sprzymierzeńcami politykę i dyplomację cechują bezwzględność, cynizm, niewdzięczność i perfidia. Wiele z tych cech odnajdujemy w sposobie, w jaki Wielka Brytania - a następnie także Stany Zjednoczone i ZSRR - potraktowały polski rząd emigracyjny w Londynie oraz jego podziemne i regularne siły zbrojne w czasach, gdy Polska znajdowała się pod okupacją. Niektórzy pamiętają, a inni znają z ustnych i
pisemnych przekazów bezcenny wkład polskich lotników w bitwę o Anglię, ważny udział polskich sił lądowych w walkach z Niemcami i Włochami w Afryce Północnej i wybitne zasługi polskiego wojska w kampanii włoskiej, szczególnie w bitwie o Monte Cassino - by wymienić tylko parę przykładów. Te wysiłki nie przyniosły politycznej nagrody; na froncie dyplomatycznym polski rząd na uchodźstwie lekceważono, ignorując i odrzucając jego żądania
dotyczące kształtu powojennej Polski. Z punktu widzenia zachodnich sojuszników spełnienie życzeń Stalina miało absolutne pierwszeństwo, a jeśli miałoby się to odbyć kosztem Polaków - to cóż, takie jest życie... Polsce pisana była długa i wyboista droga do pełnego odrodzenia i odbudowy.
 
Można dopatrzeć się tu analogii z postępowaniem Wielkiej Brytanii wobec Żydów osiadłych na ziemiach, które były wówczas Palestyną. W czasie wojny żydowska społeczność w Palestynie, choć mała - bo licząca zaledwie 500 tysięcy - potrafiła jednak udzielić technicznego i naukowego wsparcia siłom sprzymierzonym na Bliskim Wschodzie (w tym także polskiemu wojsku pod dowództwem gen. Andersa, stacjonującemu wówczas w Palestynie); zasilić brytyjską armię ponad 30 tysiącami ochotników, którzy walczyli w północnej Afryce, Włoszech (także pod Monte Cassino) i zachodniej Europie; a w kraju utrzymywać w stanie gotowości kontyngenty sił terytorialnych i podziemnych na wypadek, gdyby niemiecka armia pod
dowództwem marszałka Rommla przerwała okrążenie i dotarła do Palestyny. Podobnie jak w przypadku Polski po wojnie odmówiono im politycznej nagrody. Gdy poznano skalę holokaustu, Żydzi w Palestynie zażądali od brytyjskiego rządu prawa swobodnej imigracji dla ocalałych z holokaustu, a także własnej państwowości, lecz odprawiono ich z kwitkiem. Ta odmowa
spowodowała wybuch zbrojnej walki, odwołanie się do ONZ i ustanowienie w 1948 r. państwa Izrael.
 
Zapomniane powstanie
 
Gdy skończyła się wojna, z dymiących zgliszcz Polski wyszło 100 do 150 tys. ocalałych Żydów - drobny ułamek liczącej 3,2 mln żydowskiej populacji w przedwojennej Polsce. Jeśli wziąć pod uwagę, że ci ludzie ocaleli jedynie dzięki niesłychanie odważnej postawie i działaniu setek tysięcy szlachetnych, współczujących Polaków, którzy z narażeniem własnego życia (bo przecież hitlerowcy na miejscu zabijali tych, u których znaleziono ukrywanych Żydów), dawali schronienie i żywili żydowskich uciekinierów - jest to liczba imponująca. Wyłania się z niej obraz współczucia i humanitaryzmu w skali, której nie dorównuje żaden inny okupowany kraj.
Większość ocalałych i większość ich wybawców zapewne już nie żyje, a zatem na poziomie mikro nikt już nie opowie wielu z tych jednostkowych historii pomocy i ocalenia. Niemniej, na poziomie makro pozostaje epopeja ratunku, której przyswojenie powinno zbliżyć oba narody.
 
Historia powstania w warszawskim getcie w 1943 r. przeszła do legendy. Jest szczególnie droga Żydom, lecz uznaje się ją także za kamień milowy europejskiej historii. Nic dziwnego zatem, że po przyjeździe do Warszawy pierwsze kroki skierowaliśmy do tych miejsc w getcie i innych obiektów, które wiążą się w szczególny sposób z holokaustem, takich jak Umschlagplatz.
Oprowadzał nas nasz przyjaciel i gospodarz Zbigniew Kamiński, który w 1943 r. jako siedemnastoletni żołnierz AK uczestniczył w utrzymywaniu operacyjnych kontaktów z żydowskim podziemiem na terenie getta - między innymi w przemycie broni i żywności i od czasu do czasu, w wynoszeniu stamtąd dzieci. Gdy dotarliśmy do rzeźby Nathana Rapaporta, upamiętniającej powstanie w getcie, mieliśmy łzy w oczach.

Wydawało się nam wówczas, że już wszystko zobaczyliśmy - dopóki następnego dnia Zbigniew nie zaczął opowiadać o innym powstaniu, o którym nie mieliśmy pojęcia. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o powszechnym powstaniu w Warszawie w 1944 r., w którym - po dwóch miesiącach najstraszliwszych, heroicznych walk - poległo ponad 200 tysięcy bojowników i cywilów, pozostałą ludność wygnano, a Warszawę spalono i zrównano z ziemią.
 
Zbigniew, który w powstaniu dowodził plutonem AK, poprowadził nas do miejsca, w którym stracił niemal cały oddział, do kanałów, które służyły jako linie łączności i drogi przemieszczania walczących oddziałów, do pomnika Powstania Warszawskiego. O tych sprawach nie wiedzieliśmy ani my, ani - jak się okazało po powrocie do kraju - nikt spośród naszych znajomych. Czuliśmy się tak, jak gdyby dopuszczono nas do straszliwego sekretu. Cały
świat wiedział, oczywiście, o powstaniu w getcie rok wcześniej, natomiast wydawało się, że nikt nie słyszał o powszechnym powstaniu 1944 r. Prawdę powiedziawszy, po dziś dzień większość ludzi, z którymi rozmawiamy, nie zna tej historii. Zastanawialiśmy się, dlaczego tak jest...

Dziesięć lat później wpadła nam w ręce książka Normana Daviesa!

Zdradzeni po raz drugi

Nie zamierzam szczegółowo omawiać książki Normana Daviesa, lecz chcę powiedzieć, że otworzyła mi oczy na fakt, iż historia warszawskiego powstania 1944 r. i powstania w getcie w 1943 r. tworzą łącznie epopeję, która stanowi część dziedzictwa Zachodu; że są kamieniami milowymi polskiej i żydowskiej historii; że trzeba o nich opowiadać i uczyć w Izraelu, Polsce i w całym zachodnim świecie.
 
Wydaje się, że decyzja głównodowodzącego AK, generała Tadeusza Bora-Komorowskiego o rozpoczęciu powstania 1 sierpnia 1944 r. miała poparcie całej AK i większości cywilnej ludności Warszawy. Wśród istotnych czynników, leżących u podłoża tej decyzji, była narastająca
nienawiść do hitlerowskiej okupacji i uczucie, że przeciągnięto strunę, lecz w rozumowaniu głównodowodzącego był także silny element polityczny: założenie, że oswobodzenie Warszawy wspólnym wysiłkiem AK i prowadzącej ofensywę Armii Czerwonej niepomiernie wzmocni pozycję rządu RP na uchodźstwie na niekorzyść popieranego przez Sowietów komitetu lubelskiego. Była to racjonalna kalkulacja i mogłaby się sprawdzić, gdyby Polaków nie zdradzono po raz kolejny - tak jak w 1939  
Ducha zdrady czuło się już przed wybuchem powstania, gdy stało się oczywiste, że ani Brytyjczycy, ani Amerykanie nie podejmą szczególnego wysiłku, aby je wesprzeć nalotami, zrzutami zaopatrzenia i desantami polskich spadochroniarzy. Żaden z sojuszników nie zamierzał angażować się w działania, które mogłyby rozgniewać Stalina. On, świadom własnej siły, w
obliczu wahań zachodnich aliantów podjął strategiczną decyzję o zerwaniu stosunków z polskim rządem emigracyjnym. To w takich warunkach nieustraszony generał podejmował śmiałą decyzję o rozpoczęciu walk.
 
Wkrótce po wybuchu powstania sprawdziły się obawy. Brytyjski rząd, wojskowi i wywiad były w większości przeciwne jakiejkolwiek interwencji. Co prawda Winston Churchill wydał rozkaz prowadzenia zrzutów broni, amunicji i innych środków zaopatrzenia lecz - wobec technicznych
ograniczeń ówczesnych samolotów transportowych, wobec przewagi niemieckiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej w tym rejonie oraz wskutek sowieckiej odmowy współpracy - kilka przeprowadzonych akcji lotnictwa zakończyło się tragicznie. Reasumując, brytyjska pomoc była prawie żadna. Amerykanów interesowały przede wszystkim walki w zachodniej Europie i na
Pacyfiku i nie zamierzali zawracać sobie głowy powstaniem w Warszawie, rozpoczętym wbrew woli Stalina.
 
Jeśli chodzi o Sowietów, nie tylko odmówili wsparcia brytyjskich i amerykańskich operacji lotniczych, lecz umyślnie wstrzymali ofensywę Armii Czerwonej pod dowództwem marszałka Rokossowskiego. Pierwszy front białoruski wszedł na przedmieścia Pragi na wschodnim brzegu Wisły; miały też miejsce sporadyczne i pozbawione większego znaczenia wypady na przyczółek za rzeką, prowadzone głównie przez polskie jednostki prosowieckiej armii generała Berlinga, lecz ostatecznie cały pierwszy front, włącznie z polskimi oddziałami, wycofał się ze sceny i trzymał się z dala, dopóki wszystko się nie skończyło.
 
Zdrada sojuszników nie powstrzymała AK; walki były okrutne i zawzięte. Wbrew wszelkim rokowaniom powstanie trwało ponad dwa miesiące i w tym czasie powstańcy zadali ciężkie straty niemieckiej armii i Waffen SS. Godzien uwagi - i istotny z punktu widzenia tej historii - jest fakt, że gdy zbliżało się powstanie, wielu spośród Żydów, którzy przeżyli powstanie w getcie i znaleźli schronienie u nieżydowskich mieszkańców Warszawy, wstąpiło do AK i brało udział w walkach. Wielu położyło znaczne zasługi. Szczegóły heroicznych walk powstańczych, opowiedziane przez Normana Daviesa, są zdumiewające i pokrywają się z wzorcem wcześniejszego o rok powstania w getcie. Imponuje to, że przez cały okres walk powstańcy - włącznie z kobiecymi pomocniczymi oddziałami i sanitariuszkami - a także cała ludność, starali się prowadzić normalne życie i gromadzili się, praktycznie pod ogniem, na spotkania o charakterze duchowym i kulturalnym.
 
Kolejną ironią historii jest to, że podczas gdy zachodni sojusznicy i Sowieci nie uznali oficjalnie powstania, waleczność, nieustraszona odwaga i sztuka wojenna powstańców wywarły wrażenie na przeciwniku, który - wbrew przyjętej hitlerowskiej "kulturze" postępowania wobec powstańców - tym razem zdecydował się, po ponad dwóch miesiącach ciężkich walk, podpisać z AK formalne dwustronne porozumienie o kapitulacji i przyznać powstańcom status jeńców wojennych. Jednak hitlerowcy, wierni sobie i swej "kulturze", nie poprzestali na tym. Najgorsze miało dopiero nadejść: wygnano całą ludność Warszawy, a miasto spalono i zrównano z ziemią.
Gdyby hitlerowcy wygrali wojnę, nie byłoby dziś Warszawy.
 
Prawda do ukrycia

Te fakty - w połączeniu z bardzo korzystnymi wrażeniami o kraju, jego mieszkańcach, kulturze, jakie wynieśliśmy z żoną z naszych dwóch pobytów - wzbudziły w nas uczucie szacunku i podziwu dla Polski i Polaków. Jesteśmy pewni, że niektóre analogie współczesnej historii Polaków i Żydów oraz wspólny okrutny los podczas drugiej wojny światowej, mogą - pomimo
pewnych różnic i nieporozumień - odegrać decydującą rolę, stając się punktem wyjścia dla przyszłego wspólnego przeznaczenia Izraela i Polski.
 
Na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć, dlaczego historii powstania 1944 r. nigdy przedtem nie opowiedziano rzetelnie i dokładnie. Wydaje się, że stało się tak dlatego, że wszyscy mieli powody, by tę sprawę trzymać w ukryciu lub przynajmniej pomniejszać jej znaczenie. Rządy Wielkiej Brytanii i USA życzyły sobie, by ich ówczesne niegodne (by nie powiedzieć zdradzieckie) postępowanie wyszło na jaw jak najpóźniej. Z drugiej strony ZSRR, znany z tego, że nie żałuje ani nie wstydzi się przeszłych złych postępków czy grzechów zaniechania - miał problemy natury doktrynalnej wynikające ze skromnego (mówiąc najłagodniej) wkładu popieranej przez Sowietów Armii Ludowej (AL) w powstanie. Tę doktrynerską postawę narzucono powojennym komunistycznym władcom Polski; w rezultacie przez cały okres władzy komunistów w Polsce odsądzano powstanie 1944 r. od czci i wiary z niemal religijną gorliwością, a tych, którzy chcieli badać dzieje powstania warszawskiego, odsyłano do historii powstania w getcie. Nic dziwnego, że Izraelczycy i inni wiedzieli tylko o tym ostatnim i nigdy nie słyszeli o powszechnym powstaniu warszawskim 1944 r.
 
Wiara w przyszłość

Gdy zakończyła się wojna, rozpoczął się proces odbudowy żydowskiej społeczności w Polsce, liczącej około 250 tysięcy - w tym Żydów ocalonych z holokaustu na polskiej ziemi i repatriantów z ZSRR, dokąd uciekli w 1939 r. Niestety, kładą się nie niej cieniem pewne przypadki przemocy: sporadyczne ataki na Żydów, podejmowane przez członków reakcyjnych
organizacji; pogromy w Krakowie w sierpniu 1945 r. i w Kielcach w lipcu 1946 r. W rezultacie większość tych, którzy mogli stworzyć żydowską społeczność w powojennej Polsce, wyjechała do Izraela. Tu nowi przybysze utworzyli, wraz z polskimi Żydami przybyłymi w okresie międzywojennym, wielką społeczność dawniej polskich Żydów, którzy w Polsce doświadczyli
cierpień. To niewątpliwie tłumaczy, choć niekoniecznie usprawiedliwia, antypolskie nastroje panujące w izraelskim społeczeństwie.

Jak wspomniałem, oceniając długotrwałe związki Polaków i Żydów, trzeba mieć na uwadze ich całokształt i bilansować dobro i zło. Trzeba także uwzględniać kulturowe nurty, decydujące o postępowaniu stron wobec siebie. Z takiego punktu widzenia - i uwzględniając wszystko, co zostało tu powiedziane - muszę stwierdzić, że na płaszczyźnie osobistej czuję wielką sympatię do Polaków i ich kultury. Na płaszczyźnie narodowej uważam, że bilans setek lat współistnienia wypada zdecydowanie dodatnio i że dobre doświadczenia przeważają nad złymi. Ponadto, pamiętając, że państwo Izrael stworzyli, między innymi polscy Żydzi i uwzględniając polską kulturę i pewne piękne wewnętrzne cechy polskiego narodu, wierzę, że Izraelowi i Polsce
przeznaczone jest zostać bliskimi przyjaciółmi i sojusznikami.

Michael Cohen 21 Hazoreo Street, P,Q. Box
9029 Kfar Shmoryohu, 46910,
Israel
Tel: +972 9 9583224
Fax: +972 9 9552622
E-mail:
mikeadacohn@bezeqint.net

Powyższy tekst został przez autora nadesłany na ręce Jana Piekarskiego, ambasadora Polski w Tel Awiwie. Do druku w "Rzeczypospolitej" przekazał nam go Norman Davies, któremu serdecznie dziękujemy

Szucamy informacja
English Español